05.08 Środa. Pays d’Auge. W krainie camemberta i jabłek. W słońcu modnego Deauville

 

Jadąc od wybrzeża Côté Fleurie na którym położone jest Honfleur, w głąb lądu, dociera się do regionu zwanego Pays d’Auge, szachownicy pól sadów jabłkowych, zalesionych dolin i farm mleczarskich. Klimatem trochę przypomina to Polskę, choć tutejsze krowy lokalnej rasy normandzkiej - jasnobrązowe, w czarne łaty bądź białe, mają wokół oczu charakterystyczne obwódki ( lunettes- czyli okulary) i tym różnią się od naszych polskich krasuli.

Stolicą regionu jest miasteczko Lisieux, ale celem naszej podróży staje się maleńka wioseczka Camembert, z której pochodzi ulubiony ser Zuzi. Nawigacja prowadzi nas do farmy rodziny Durand     ( La Ferme Durand), gdzie nadal wytwarza się camembert tak, jak to robiła Marie Harel, od której jeśli wierzyć legendzie wszystko się zaczęło. 


Marie była mleczarką pracująca w Manoir de Beaumoncel, gdy w 1791r. udzieliła schronienia zakonnikowi, który uciekł przed rewolucją z Brie, nie chcąc wyrzec się wiary. Zakonnik zdradził Marie, w jaki sposób wytarzać białą skórkę na kremowym, regionalnym serze. Teraz już rozumiem różnicę między Brie a Camembert- to nie tylko różnica w kształcie, ale również- subtelna- w serze. Wyczytałam, że na farmie Durand można obejrzeć cały proces wytwarzania camembert i uczestniczyć w degustacji camemberta na różnych jego etapach dojrzałości. W COVID-owej rzeczywistości pozwolono nam samodzielnie rozejrzeć się po farmie, zapoznać się z informacjami umieszczonymi na tablicach i skosztować po kawałku camemberta z jego różnych „faz” dojrzałości- najbardziej smakował nam ten „w połowie” dojrzały.

 



 W tutejszym sklepiku zakupujemy również inne, najsłynniejsze normandzie sery- Livarot i Pont l’Eveque ( mój nr 1!) oraz butelkę najlepszego, wytrawnego cydru ( brut) i sami urządzamy sobie wyśmienitą degustację w promieniach normandzkiego słońca. Generał Charles de Gaulle miał powiedzicieć„Nie można pokonać na wojnie kraju, który produkuje 246 rodzajów sera!”, a innym razem ponoć pytał „Jak chcecie rządzić państwem, w którym jest 246 gatunków sera?"  Obecnie jest ich już ponoć ponad trzysta z czego Pont L’Eveque moim  skromnym zdaniem powinien znaleźć się jeśli nie na podium, to w ścisłej czołówce.


 

 Zachęceni rekomendacją Marcii DeSanctis, amerykańskiej podróżniczki i dziennikarki, autorki książki „ 100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić” ( polecam!), w drodze powrotnej postanawiamy zatrzymać się w posiadłości rodzinny Dupont ( Domaine Dupont) nieopodal miasteczka Victot-Pontfol, gdzie od wieków produkuje się z jabłek najmocniejszy z normandzkich trunków- calvados ( winiak jabłkowy)- doceniany i wielokrotnie nagradzany.


Przemiła młoda Francuzka urządza dla nas profesjonalną degustację, podczas której testujemy różne rodzaje wytwarzanego tu cydru ( metodą klasyczną, „piwną”, „szampańską”), pommeau czyli nieco słabszego niż calvados napoju alkoholowego będącego rodzajem aperitifu ( dla mnie stanowczo za słodki) oraz wreszcie różnych rodzajów mocnego calvadosu, powstającego poprzez destylację cydru ( Młynarski śpiewał : „calvados to coś więcej, niż trunek- to sposób bycia") i który często podawany jest we Francji między daniami i zwany „le trou normand” – normandzką dziurą, czyli przerwą w jedzeniu ułatwiającą trawienie. Na koniec próbujemy również bardzo ciekawego w smaku deserowego likieru z dodatkiem calvadosu- uznajemy, że jako bardzo ciekawy dodatek do lodów i deserów, ślicznie opakowany będzie stanowił idealny, normandzki prezent dla naszych mam.





Posiadłość rodziny Dupont można zwiedzać z przewodnikiem, który najpewniej dokładnie przybliżyłby etapy produkcji cydru i calvadosu. Ale najbliższa „sesja” dopiero o 15.00, więc korzystamy z uprzejmości młodej Francuzki i sami oglądamy gorzelnię i znajdujące się tu w uroczym jabłkowym sadzie, liczne zabudowania.












Wracamy do miasteczka Victot- Pantfol odrobinę za późno na lunch w urokliwej, lokalnej restauracji Le Pave d’Auge, która w tym roku otrzymała swoją pierwszą gwiazdkę Michelin. Historia gwiazdek Michelin sięga roku 1900, gdy to powstało wydawnictwo, które miało pomagać w podróży kierowcom, podpowiadać gdzie naprawiać psujące się pojazdy, zanocować, przyzwoicie zjeść. Przez pierwsze lata przewodniki były wydane za darmo i dopiero w latach 30tych powstał system rekomendacji ( gwiazdki-* godne uwagi, ** warte obejrzenia,***zobacz koniecznie); które stanowią podwaliny pod dzisiejszy system ocen Michelin.)


 

 

Znowu pokonał nas czas, choć w końcu jesteśmy na wakacjach. Jesteśmy Polakami z nieco innej planety, przyzwyczajeni do posiłków w innych godzinach, nadal uczących się słowa „lunch”. Wypowiem się w swoim imieniu- moja fascynacja Francją jest głęboka, sięga historii, kultury, języka, ale nadal czasem czuję się w tym kraju nieco spięta- mój francuski jest za słaby a mój żołądek nie jest w stanie strawić serów po 3-daniowym „menu”. Im częściej i dłużej tu przebywam, tym bardziej czuję się zmotywowana- by zgłębiać język, historię i kulturę tego niesamowitego kraju. By tu wrócić. 

Le Pave d’Auge było moją rekomendacją, także dlatego, że przypomniało mi historię  Bernarda Laiseau, szefa kuchni kraju, w którym żyje się po to, by jeść, a nie je po to, by żyć, kulinarnego geniusza, który odebrał sobie życie, gdy odebrano jego restauracji trzecią gwiazdkę Michelin, na którą tak bardzo pracował ( do całej, fascynującej  historii odsyłam do niewielkiej książeczki Piotra Kraśko „Francja. Świat według reportera”, wyd. National Geographic)

Zatem zamiast lunchu w utytułowanej gwiazdką Michelin normandzkiej restauracji rozsiadamy się na placu z widokiem na ową restaurację, w lokalnej Crêperie, serwującej praktycznie tylko i wyłącznie słynne, gryczane „galettes”-wytrawne naleśniki z ciemnej mąki gryczanej. Osobiście uwielbiam! Jedna uwaga, która mi się nasunęła w tym momencie- Francja to nie jest raj dla wegetarian- nawet przy wyborze naleśnika- do wyboru w całym menu jest dosłownie jedna opcja. 



 Samo miniaturowe miasteczko Victot- Pantfol jest kwintesencją lokalnego, normandzkiego stylu- urocze! Będąc w tym miejscu ogarnęło mnie uczucie wakacyjnego spełnienia- tak właśnie wyobrażałam sobie wakacje w Normandii i właśnie w Victot- Pontfol poczułam się naprawdę szczęśliwa.


Dalszą część dnia przeznaczyliśmy na typowe plażowanie w modnym, ulubionym nadmorskim kurorcie Paryżan – Deauville ( które jest czasem nazywane 21 dzielnicą Paryża) a na pewno uważane przez samych Francuzów za „station huppé”, co ma oddawać klimat elegancji i luksusu ( drogie butiki, stylowe hotele, wyścigi konne i przede wszystkim amerykański festiwal filmowy). Plaża w Deauville faktycznie robi wrażenie i czuję się, jakbym spędzała wakacje w towarzystwie Michael’a Douglas’a, choć sama woda nie zachęca do kąpieli.













 

Szukając miejsca na kolację odwiedzamy również pobliskie, mniejsze i bardziej klimatyczne Trouville-sur- Mer ( oba miasteczka dzielą jeden dworzec kolejowy). Mieliśmy nadzieję na kolację w jednej z zarekomendowanej przez Marcię DeSanctis  miejsc ( Les Vapeurs i/ lub Les Voiles), ale oba okazują się na pierwszy rzut oka naprawdę słabe ( wyd. książki to 2014 rok) więc wracamy do Honfleur i robi się na tyle późno ( 21.00), że udaje nam się zjeść  bez rezerwacji kolację w Le Bistro du Port, obleganej restauracji niedaleko naszego hotelu-jako goście z tzw. „drugiej tury”.



 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

13.08 Czwartek. Bretońskie miasto obronne Fougères. Pożegnalna kolacja w Granville

14.08- 15.08 Piątek-Sobota. Podróż powrotna. Nocleg w Koeln