06.08 Czwartek. Normandzie klify w Étretat. W drodze na północ

Zgodnie postanawiamy, by kierować się na północny wschód, uciec od tłumów. Nie jesteśmy pewni, czy to realne, ale cóż nam pozostało? Jest duża szansa, że w okolicach dzikiej, mniej popularnej Baie de Somme, będzie nieco luźniej. Imponującym, wiszącym mostem Pont de Normandie dostajemy się przemysłowego, choć w centralnej, starej części sympatycznego, Le Hawr, które przed dwa dni oglądaliśmy z perspektywy portu w Honfleur.

Dalej po drodze, zatrzymujemy się w Étretat. Mój zaprzyjaźniony Francuz Stefan, mieszkający na stałe w Poznaniu, bardzo polecał Étretat z nostalgią wspominając dawnego przyjaciela, z którym nawet moglibyśmy się spotkać. Jednak na pewno nie tego lata. W tym roku Étretat zostało pokonane przez turystów, którzy tłumnie postanowili na normandzkich klifach odetchnąć od covidowej rzeczywistości. Mijamy sznury aut zaparkowane kilometr od wjazdu do miasteczka, w okolicy prowadzącej bezpośrednio na ścieżki, którymi można dojść na klify. Klify, zwane tu „falaises” to słowo-klucz, gdy mowa o Étretat. Miasteczko wyrosło bowiem między dwiema niezwykłymi formacjami skalnymi i to one zapewniły mu miano perełki Alabastrowego Wybrzeża (Côté d’Albatre).

Falaise d’Aval (od zachodniej strony) oraz Falaise d’Amont (od wschodniej), zwane często łącznie Falaises d’Étretat – to odcinek wybrzeża, który na skutek erozji przybrał formę łuku i które Guy de Maupassant ( pisarz urodzony w okolicy Dieppe, który w Étretat wybudował sobie wytworną willę) porównał do słonia zanurzającego trąbę wodzie- trzeba przyznać, że całkiem trafnie. Tutejsze łuki od zawsze zachwycały artystów,  którzy uwieńczali je na swoich płótnach- jak choćby Eugene Delacroix i Claude Monet ( ponad 50 obrazów).

Próbujemy zaparkować w centrum miasteczka, ale to też kończy się niepowodzeniem. K. wpada na  pomysł, by zatrzymać się na lunch w restauracji na polu golfowym, położonym na wzgórzu z widokiem na klify. Misja kończy się połowicznym sukcesem- nie udaje nam się co prawda zjeść lunchu, bo jednak nie wyglądamy na golfistów, ale udaje się pospacerować i zrobić kilka pamiątkowych zdjęć z widokiem na słynne falaises. Z tej perspektywy, z góry klify wyglądają na mniejsze, niż są w rzeczywistości i nie robią na mnie takie wrażenia jak irlandzkie Cliffs of Moher. Znacznie później, oglądając filmiki w internacie utwierdzam się w przekonaniu, że dużo straciliśmy odpuszczając spacer, albo raczej- że znaleźliśmy się w tym magicznym miejscu w szczycie sezonu i nie dane nam było odkryć w pełni jego magii.






Głodni zatrzymujemy się w Fecamp, będącym jedynym większym miastem tej części Albastrowego Wybrzeża. Nawet tu nie jest łatwo zaparkować, ani tym bardziej znaleźć miejsce na zjedzeniu lunchu- przegapiliśmy godzinę 14.00 i pozostaje nam restauracja La Boucante ( service continu). Widok rekompensuje słabą obsługę, która lekceważy nas przez dobry kwadrans i ogólne wrażenie zaniedbania, a jedzenie okazuje się ostatecznie całkiem niezłe.

 





W Fecamp można zwiedzić duży Palais Benedictine ( Pałac Benedyktynów) i zakupić ta słynną „benedyktynkę”- klasztorny likier ziołowy, ale nie starcza nam czasu- do 19.30 musimy zameldować się w „naszym” château- nie ma tam normalnej recepcji i jesteśmy umówieni na check in na konkretną godzinę. 


 

Tą miejscówkę znaleźliśmy spontanicznie na stronie www.hotels.com (Château de Yaucourt-Bussus) – przypasowała nam logistycznie a przede wszystkim cenowo i tak to znaleźliśmy się prawie sami w zamku, gdzieś na północy Francji, w regionie nazywanym Pikardia. Później okazało się, że zamek miał swój klimat- rano w ogrodzie ćwiczyliśmy jogę, delektowaliśmy się bardzo francuskim śniadaniem z europejskim twistem ( jajka!) przygotowanym przez przemiłą francuską parę, która opiekowała się posiadłością a właściciel udostępnił nam lodówkę, w której chłodziliśmy wino i cydr. Jedyną, wyraźną niedogodnością był brak kluczy w pokojach- zamyka się ( na kod) jedynie brawa wjazdowa do château.








Wieczorem wybraliśmy się do pobliskiego miasteczka Saint-Riquier, gdzie w lokalnej, rodzinnej oberży La Grange można zjeść przygotowaną z sercem kolację.









Komentarze

Popularne posty z tego bloga

13.08 Czwartek. Bretońskie miasto obronne Fougères. Pożegnalna kolacja w Granville

14.08- 15.08 Piątek-Sobota. Podróż powrotna. Nocleg w Koeln