10.08 Poniedziałek. Mont-St-Michel. Saint Malo i Dinan- czyli chwila na Bretanię
Chcieliśmy wyjechać bardzo wcześnie rano, by zdążyć przed tłumami turystów, przed którymi ostrzegali nas nie tylko znajomi, ale również właścicielka naszej posiadłości w specjalnie przygotowanej księdze- przewodniku, dla wynajmujących Mensil Gonfroy.
Udało się wyruszyć o 8.30 i około 10.00 dotarliśmy do Mont-St-Michel- opactwa św. Michała Archanioła, jednego z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Francji, wpisanego w 1979 r. przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa kultury.
Część parkingów była nadal pustych, ale mimo to do wahadłowych, kursujących przez groblę autobusów, już zdążyła ustawić się sporych rozmiarów kolejka. Opcjonalnie można również wybrać transport bryczką, klimat tego miejsca niestety przypomina trochę drogę do Morskiego Oka.
Decydujemy się na spacer groblą prowadzącą do opactwa- dwa kilometry, w czasie których wyspę i klasztor ma się cały czas przed oczyma i z tej perspektywy – naprawdę zachwyca. Spacer rozpoczęliśmy w deszczu- pierwszym, normandzkim, ciepłym, przyjemnym deszczyku, który wraz z unoszącymi się nad St. Michel mgłami dodawał tylko uroku, wyostrzał zmysły i wyobraźnię. Tyle się naczytałam o normandzkiej kapryśnej pogodzie, mgłach i deszczu, że poczułam się autentycznie szczęśliwa z takiej niespodziewanej odmiany, po kilku dniach afrykańskich upałów.
W miarę zbliżania
się do wzgórza, na szczycie iglicy coraz bardziej widocznie błyskały skrzydła
archanioła Michała, patrona opactwa, na którego cześć w 708 r. biskup kazał
wznieść to sanktuarium. Miejsce szybko odkryli pielgrzymi a w X wieku osiedlili
się tu Benedyktyni. W tamtych czasach klasztor nie miał połączenia z lądem-
można było tam dojść tylko w czasie przypływu i Bóg jeden wie, ilu śmiałków
straciło tu życie w nierównej walce ze złowieszczym oceanem, gdy to – jak pisał
Victor Hugo- fale zmieniały kierunek i nadciągały „z prędkością galopującego konia”. Niestety w miarę zbliżania się do wzgórza i
tego miniaturowego miasteczka, tłum ludzi gęstniał i gdy wreszcie
przekroczyliśmy bramę, znaleźliśmy się w jego epicentrum. Wąskie uliczki, pełne
restauracyjek, straganów i sklepów z pamiątkami, ale przede wszystkim- ludzi
różnych narodowości- w tym przedziwnym, covidowym czasie ,jeszcze bardziej, niż
zwykle, nie zachęcały do dłuższego pobytu.
Na dziewięćset stopniowych schodach ustawiła się długa( co najmniej na 90 min) kolejka do kas sprzedających bilety do wejścia do wnętrza klasztoru. Z żalem zrezygnowaliśmy z tej opcji.
Pomyślałam sobie, że jest powód, by tu wrócić- jesienią, zimą, wczesną wiosną- każda pora poza ścisłym sezonem będzie bardziej odpowiednia. Samo miejsce jest jednym z bardziej niesamowitych, jakie do tej pory w życiu widziałam- dowodem na ludzką siłę płynącą z wiary, która spowodowała, że w takim miejscu-na stromym szczycie granitowej skały, smaganej przez prądy morskie i fale, powstała przedziwna , majestatyczna budowla, która dotrwała do naszych czasów.
Gdy groblą wracaliśmy do parkingu znowu zza chmur wyłoniło się Słońce a Mont-St- Michel ukazało nam się jeszcze z innej- równie cudownej strony.
Postanowiliśmy na lunch wybrać się do, zlokalizowanego już w Bretanii, nadmorskiego miasteczka St. Malo. Samo miasto położone na starej, obwarowanej wyspie Ille-et-Vilaine, znałam dużo wcześniej z licznych czytanek i tekstów „przerabianych” w czasie moich kursów j. francuskiego w poznańskim Domu Bretanii. Miasteczko bardzo polecali również Kręgle, którzy parę wcześniejszych dni spędzili na plażach pobliskiego kurortu Dinard ( tak, to ten widok pasiastych, biało- niebieskich kabin plażowych i idealnego, wysprzątanego piasku ze zdjęcia Agnieszki mam przed oczyma gdy myślę o Dianard) i do St. Malo przypływali wodną taksówką. Muszę przyznać, że jest to super rozwiązanie, bo zaparkowanie w sezonie w tym niewielkim mieście korsarzy stanowi nie lada wyzwanie. Gdy już się to uda, można wybrać się na wyjątkowy spacer murami obronnymi, z których roztacza się niesamowity widok na zabudowę starego miasta ( odbudowanego po silnych zniszczeniach w czasie wojny) oraz panorama na zatokę, piaszczyste plaże oraz oddalonego o kilkaset metrów Fort du Petit, do którego można dotrzeć w czasie odpływu.
"Z dołu" miasteczko jest równie sympatyczne.
Na lunch Kręgle polecali, wyróżniającą się, zlokalizowaną pod
czerwonymi parasolami Cafe de L’Ouest – nazwa może być myląca, bo to w
rzeczywistości niezła restauracja specjalizująca się w owocach morza- bardzo
dobry wybór ( niestety na zewnątrz w ogródku nie było szans na wolne miejsca,
ale wewnątrz to spory obiekt). Miejsce oferuje również całkiem smaczne opcje
wege ( mało typowe jak na Francję).
W drodze powrotnej postanawiamy zajrzeć do bajkowego Dinan. To klimatyczne, ufortyfikowane miasto z historycznym centrum i wyróżniającą się stromą, brukowaną uliczką Jerzual, wypełnioną galeriami i małymi sklepikami z pamiątkami natychmiast skrada moje serce. Uwielbiam takie klimaty!
Położone na wzgórzu, nad zalesioną doliną rzeki Rance stanowi idealne miejsce na spływ kajakowy- po popołudniowej kawie bardzo poważnie rozważamy taką opcję, choć od naszej posiadłości dzieli nas odległość ponad 100 km i w praktyce okazuje się to później niemożliwe...







































Komentarze
Prześlij komentarz